Get Adobe Flash player

Artykuły

2002 - Latarnie morskie

Naszym marzeniem było dotarcie nad morze rowerami, jednak z pewnych powodów plany się zmieniły. Postanowiliœmy w zamian za to przejechać rowerami całe wybrzeże i zobaczyć wszystkie możliwe latarnie morskie. Udało się.

I dzień (piątek wieczorem + sobota)

Aby zacząć wyprawę, musieliśmy najpierw dostać się pociągiem do Świnoujścia. Połączenie, które nam odpowiadało, to 20:26 do Częstochowy (tu rowerkiem na Stradom) i z Częstochowy o 23:08, bezpośrednio do Świnoujścia (według nowego rozkładu z Radomska trzeba wyjechać o godz. 20.58, a z Częstochowy Stradom o 23.21). Na miejscu byliśmy o godz. 10:00. Przepłynęliśmy promem na druga stronę miasta i tam zjedliśmy pierwsze, szybkie śniadanie (towarzystwo łysych drechów nie odpowiadało nam). Pokręciliśmy się troszkę po mieście i ruszyliśmy w kierunku pierwszej latarni (byliśmy pod wrażeniem, ale nie zwiedzaliśmy). Latarnia w Świnoujściu Po drodze do latarni znajduje się godny uwagi fort. Kolejnym etapem były Międzyzdroje. Tam zobaczyliœmy słynną Aleję Gwiazd, odwiedziliœmy molo i pojeździliśmy po samej miejscowoœci. Opinie o niej, jako niesamowitej, wspaniałej są sporo przesadzone. Stamtąd udaliœmy się dalej w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego. W WPN odwiedziliœmy Żubrowisko i zamieszkuj¹ce je słynne żubry. Ciekawostki, które zobaczyliœmy jako następne, były wspaniałe klify, które podziwialiœmy z punktu widokowego (95 m n.p.m.). Obejrzeliœmy jeszcze latarnię morską (kikut, 74 m n.p.m. dojazd szlakiem, a końcówka - wspinaczka) i dojechaliœmy do Dziwnowa, gdzie szukaliśmy pierwszego noclegu. Po nie lada wysiłku udało się. Bardzo ciężko jest w prywatnych kwaterach znaleźć cokolwiek na jedną noc. Wieczorkiem, bez rowerków, poszliœmy na plażę podziwiać zachód słońca, a później - do domu spać.

 

II dzień (niedziela)

Zanim wyruszyliœmy w dalszą podróż, odwiedziliœmy jeszcze kawiarenkę internetową (PC Mrówka Dziwnów Osiedle Rybackie 10d) w celu zgrania zdjęć z aparatu. Tu z wielką pomocą przyszedł nam pracujący tam pan, który bezpłatnie pozwolił nam skorzystać z nagrywarki, a dodatkowo dał nam jeszcze szczegółową mapę powiatu, w którym się znajdowaliœśmy. Do kolejnej latarni jechaliœmy przez Łukęcin, Rewal. Tu wysłaliœśmy kartki i zatrzymaliœmy się w barze SHARK na kurce. Kurka OK, ale żeby umyć sobie ręce trzeba było zapłacić, (płatne WC dla klientów!). Stamtąd dotarliœmy do Niechorza, gdzie zwiedziliśœmy kolejną latarnię morską (jedna z najładniejszych, którą udało nam się zobaczyć). Etapem kolejnym był Trzebiatów. Tu obejrzeliśœmy Basztę Kaszna Baszta Kaszana, liczne stare kośœcioły (wœród nich katedrę) i ładnie odnowiony rynek. Z Trzebiatowa udaliœśmy się w kierunku Kołobrzegu. Przejeżdżaliœśmy po drodze przez starą, opuszczoną jednostkę wojskową (przy drodze widać strzelnicę). W Kołobrzegu udało nam się wynająć na jedną noc domek w sporym ośœrodku (i właśœnie w takich miejscach zazwyczaj nie stwarzano żadnych problemów z noclegiem). Wieczorem zwiedziliœśmy przystań, molo (według nas najciekawsze z wszystkich odwiedzonych) i bardzo ciekawą knajpeczkę rockową u podstaw latarni morskiej. Tu, bardzo miła pani włączyła specjalnie dla nas wybraną muzykę.

 

III dzień (poniedziałek)

Kolejny dzionek wyprawy zaczęliœśmy od zwiedzania Starówki w Kołobrzegu. Stamtąd pojechaliœmy przez Ustronie Morskie (tu zobaczyliœśmy pierwsze twarze z Radomska) i dalej do kolejnej latarni morskiej w Gąskach (1876 r., o wys. 51,2 m). Przed kolejną miejscowoœcią (Sarbinowem) zatrzymaliœśmy się jeszcze w przydrożnym, niesamowicie ciekawym barze w kształcie łodzi, aby zaspokoić pragnienie). Z Sarbinowa pomknęliœśmy przez Mielno do Koszalina. Trasa była o tyle ciekawa, iż jest tam wydzielony pas jezdni dla rowerów. Po drodze mieliœmy okazję zobaczyć niesamowite pojazdy, niczym z filmu „MAD-MAX”. Zwiedziliœśmy pobieżnie Koszalin (katedra z I poł. XIV w., park z fontanną, gdzie zmoczyliœśmy głowy, budynek poczty, amfiteatr). W Koszalinie byliśœmy Ÿpóźnym popołudniem. I co ciekawe, poruszając się po centrum, chcieliśmy znaleŸźć jakiśœ sklep spożywczy, aby kupić napoje (i mleko dla mnie). Pytaliśœmy się wielu ludzi i nikt nie potrafił nam powiedzieć, gdzie się znajduje ów sklep. Dalsza trasa prowadziła ponownie przez Mielno (tu chciałem zgrać zdjęcia, jednak gość wyskoczył z taką ceną, że mnie przytkało i darowałem sobie tę przyjemnoœść) i dalej przez Unieœcie, do Łaz, gdzie postanowiliœśmy przenocować. I faktycznie udało nam się znaleźć nocleg, który (ze œśniadaniem następnego dnia) kosztował tylko 18.5 pln.

 

Dzień IV wtorek

Po smacznym śniadaniu spakowaliśmy się i pojechaliśmy dalej przez Dąbki, Bobolin do Darłowa. W Darłowie zwiedziliśmy zamek z XIII w. i Starówkę z barokowym ratuszem z XVII w. Miasteczko całkiem przyjemne i miłe. Z Darłowa pojechaliśmy do pobliskiego Darłówka. Tu zobaczyliśmy jedyny w Polsce rozsuwany most i starą latarnię morską. Następnie udaliśmy się na wzgórze z wiatrakami. Polecam zobaczyć, mnie osobiście bardzo urzekły. Jest ich tam całkiem sporo i można się samemu przekonać, że ma je co napędzać. Następnym przystankiem była latarnia (wybudowana w 1838 r. - 33 m. wysokości) w Jarosławcu. Stąd udaliśmy się przez Naćmierz, Zalesickie (tu można zobaczyć stary kościółek z dworkiem z XVIII w.). Późnym popołudniem dotarliśmy do Ustki, gdzie zorganizowaliśmy sobie spanko. Miasto bardzo miłe, sympatyczne. W porcie ładnie prezentuje się latarnia morska z 1871 r. Wieczorem po miecie kręci się bardzo dużo młodzieży. Znajduje się tu sporo miejsc, gdzie można miło spędzić czas. Ciekawa jest nowa promenada, gdzie można spotkać i posłuchać muzyki na żywo. Po wieczornym zwiedzaniu udaliśmy się na nocleg do ośrodka, aby zregenerować siły przed kolejnym dniem.

 

V dzień (środa)

środa była jednym z bardziej męczących dni. Z Ustki wyruszyliśmy do Rowów i tam wjechaliśmy na szlak, który zaprowadził nas przez Słowiński Park Narodowy (wjazd płatny) do Czołpina. Przez SPN prowadzi ścieżka dość dobrze przejezdna dla rowerów. Szlak mija kolejne jeziora: Gardno, Dołgie Małe, Dołgie Wielkie. Po nacieszeniu oczu widokami pozbawionymi cywilizacji, dotarliśmy do Czołpina. Tu wdrapaliśmy się na dość ciekawą górkę, gdzie znajdowała się latarnia morska (z 1875 r.). Ze szczytu latarni podziwiać można wspaniałe widoki na morze (naturalnie) i na znajdujące się trochę dalej Ruchome Wydmy oraz położone jeszcze dalej Jezioro Łebsko. W samej latarni, zanim wejdzie się na taras widokowy, można porozmawiać z miłym latarnikiem, a także zobaczyć makiety wszystkich latarni znajdujących się nad naszym morzem. Niedaleko starej latarni znajduje się pokaźny parking, na którym jest bar. Polecam spróbować placek po czołpińsku. Dobry, tylko trzeba na niego strasznie długo czekać. Ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy przez Kluki (skansen). Tu wjechaliśmy na szlak rowerowy prowadzący do Łeby (22 km.). Droga nie była łatwa, prowadziła przez lasy, pola, czasami zdarzały się niemalże bagna. Masa piasku, co było dla nas bardzo męczące tym bardziej, że jechaliśmy z sakwami. Mijaliśmy Izbicę, Gać i w końcu dotarliśmy do Łeby. Postanowiliśmy tu przenocować i tak też się stało. Stosunkowo szybko znaleźliśmy nocleg. Jak co dzień wieczorkiem wyruszyliśmy na podbój miasta i z zamiarem spróbowania jak smakuje miejscowe piwo, czy przypadkiem nie smakuje lepiej niż u nas - nie smakuje!


VI Dzień (Czwartek)
Willa GoeringaTego dnia pokonaliśmy najdłuższa trasę, ponad 150 km. Przed dalszą drogą postanowiliśmy zobaczyć słynny pensjonat Neptun. Od pracownika tego ośrodka, dowiedzieliśmy się, że został on wybudowany dla prawej ręki Hitlera Göeringa, jednak nie udało się mu tam ani razu zamieszkać. Trzeba przyznać, że pensjonat dość ciekawie się prezentuje. Po zrobieniu fotek wyruszyliśmy dalej w kierunku miejscowości Stilo, gdzie czekała na nas kolejna latarnia morska. Stoi ona na wydmie (45 m n.p.m.). Rowery lepiej zostawić u podnóża i wspiąć się na nogach, gdyż podejście jest strome i piaszczyste. Ze szczytu widać wspaniale całą okolicę, można zobaczyć m.in. Łebę i jeziora: Sarbsko oraz Łebsko. Przy wejściu do latarni pracuje totalnie dojechany latarnik, z którym można zamienić parę słów i zdrowo się przy tym uśmiać. Ze Stilo, częściowo kamienistą drogą, dojechaliśmy do ciekawego pałacyku w miejscowości Sasino, a stamtąd udaliśmy się do Białogóry. Zatrzymaliśmy się tam na tanim i dobrym obiadku (za zupę pomidorową, kotlecik, kartofelki + buraczki - zapłaciliśmy niewiele ponad 10 pln). Napojeni i najedzeni osiodłaliśmy żelazne rumaki i ruszyliśmy dalej. Jadąc lasem dotarliśmy do Dębek, Karwi i w końcu Jastrzębiej Góry(odtąd zaczyna się zabytkowa kostka brukowa) i jest tam najdalej wysunięta na północ latarnia morska. Na Rozewiu stoją dwie latarnie - jedna starsza z II poł. XIX w. i nowsza z początku XX w. Prosto po zwiedzeniu latarni pojechaliśmy przez Chłapowo do Władysławowa. We Władysławowie pokręciliśmy się trochę, zaczęliśmy się rozglądać za spankiem. Jedak nie mogliśmy się doszukać większych ośrodków (praktyka nam to podpowiadała) i postanowiliśmy kierować się już w stronę Helu. Jechaliśmy przez Chałupy (golasów nie widzieliśmy...) ale nadal problem ze znalezieniem spania nie był rozwiązany. Dojechaliśmy do Jastarni. Odnaleźliśmy jeszcze kolejną latarnię (była chyba najmniejsza ze wszystkich) i udało nam się w końcu dorwać spanko. Zostawiliśmy sakwy i czym prędzej mignęliśmy zwiedzać Hel. Powoli robiło się już ciemno, więc pierwsze co chcieliśmy zobaczyć, to latarnia morska. Po obejrzeniu latarni, udaliśmy się w kierunku promenady i portu. Było już ciemno. W całkowitych ciemnościach i prawie po omacku wróciliśmy do Jastarni.

VII dzień (piatek)
W piątek mielimy zamiar zbliżyć się maksymalnie do Trójmiasta i zostawić jego zwiedzanie na ostatni dzionek. W ten dzień wstaliśmy sobie bez żadnych budzików - po prostu wtedy kiedy się obudziliśmy. Spakowaliśmy rowery, oddaliśmy klucze i pojechaliśmy bez pośpiechu na śniadanie, które jak się okazało, zjedliśmy po przejechaniu chyba ok. 8 km. Ponownie przejechaliśmy przez Władysławowo i kierowaliśmy się na Puck. Jechaliśmy dość ruchliwą trasą, w towarzystwie wiatru (uf... jechałem wtedy pierwszy). Przejeżdżaliśmy przez Swarzewo. Tam można zobaczyć jedno z najważniejszych sanktuariów na Kaszubach oraz wiatraki (wśród nich dwa 50-metrowe). DAR POMORZAJadąc dalej trasą dotarliśmy do Pucka. Miasto całkiem miłe i ciekawe. Dookoła rynku stoją kolorowe kamienice z XVIII w. oraz neogotycki ratusz. Zaraz po wyjściu z rynku można zobaczyć kościół śś. Piotra i Pawła, wybudowany między XIII a XVw. Później dotarliśmy do miejscowości Rzucewo (stara osada rycerska), gdzie jest pałac (I poł. XIX w.) wybudowany na kształt zamku. Po wyjedzie z Rzucewa zmieniliśmy początkowe plany znalezienia noclegu pod Trójmiastem, na plan zanocowania w Gdyni lub w Sopocie. Do Gdyni dojechaliśmy przez Kosakowo. Na miejscu zobaczyliśmy Dar Pomorza i ORP Błyskawicę. Wyjeżdżając z Gdyni, na którymś ze skrzyżowań zapytałem długowłosego chłopaka o drogę do Sopotu. Tak się rozgadaliśmy, że poświęcił czas przeznaczony na spotkanie z dziewczyną i pomógł nam w znalezieniu noclegu jeszcze dalej niż zamierzaliśmy - w Gdańsku. Dzięki jego pomocy nie tłukliśmy się beznadziejnie po Sopocie, tylko dotarliśmy bezpośrednio do Gdańska. Załapaliśmy się na nocleg w schronisku młodzieżowym. Zostawiliśmy rowerki w przechowalni i ruszyliśmy na wieczorne podboje Starówki. Kiedy tam dotarliśmy, szczęki nam opadły. Popadłem w taki sam zachwyt kiedy zobaczyłem pierwszy raz Rynek w Krakowie. Miasto przepiękne i szkoda tylko, że mielimy tak mało czasu na jego zwiedzanie. Wszyscy doszliśmy do wspólnego wniosku kiedy jeszcze tu wrócimy!

 

Dzień VIII (Sobota)

Ten dzień poświęciliśmy na dalsze zwiedzanie Gdańska i Sopotu. Zaczęliśmy od Sopotu. Zaliczyliśmy molo (ponoć najdłuższe - ale nie najciekawsze, do gustu przypadło mi bardziej to w Kołobrzegu), latarnię, ul. Bohaterów Monte Cassino. Na wspomnianej ulicy nie można jeździć, nawet na rowerach. Potem wybraliśmy się w podróż powrotną do Gdańska. Drogę między miastami pokonuje się bardzo miło, gdyż są specjalnie wydzielone ścieżki rowerowe). Dotarliśmy do Gdańska i zobaczyliśmy nową latarnię, która znajduje się całkiem blisko ul. Westerplatte. Szybko minął ostatni dzień pobytu, zrobiło się ciemno. Udaliśmy się na stację, gdzie odjeżdżał nasz pociąg do Częstochowy. Załadowaliśmy rowery i tak pożegnaliśmy ostatnie miasto nad morzem, które zwiedziliśmy. W Radomsku byliśmy po godzinie 7:00 i w ten sposób zakończyła się nasza wyprawa.


Tekst i foto: Marcin "Apacz" Pachniewicz

 

>>>LINK DO CAŁEJ GALERII<<<